Wieczór. Blask świec. Zmęczony Profesor w fotelu przede mną.
- Przepraszam, Kasiu, nie mam nawet siły zrobić Ci herbaty.
Mijają 2 minuty. Zrywa się.
- Może herbaty? - pyta.
Stwierdzam, że nie trzeba, bo wygląda, jakby nie miał siły jej zrobić, ale on już z uśmiechem nalewa wody do czajnika.
Milczymy przez pół godziny, wpatrując się w siebie przez płomień świecy.
W końcu zaczynam mówić. Zastanawia się waptrzony w ogień.
- Czy mucha to po angielsku "fly"?
Najpierw potwierdzam, potem dopiero wybucham śmiechem i karcę go, że nie słuchał.
- Ależ słuchałem! Mówiłaś o motylach, pomyślałem "butterFLY" i zacząłem się zastanawiać czy "fly" jest przyrostkiem często występującym w angielskich nazwach owadów latających... - tłumaczy.
Po wielu ważnych słowach zrywa się nagle i daje mi książkę. "Ostatni wykład", Randy Pausch.
- Kiedyś mi ją wypożyczysz i też przeczytam. Znam ten wykład z nagrania, ale nie wszystko zrozumiałem.
Jak dobrze, że nie pozwolii mu wyjechać do Anglii na najbliższe trzy lata.
Żegnamy się jednak tak, jakby jednak wyjeżdżał. Na wszelki wypadek. Długo stoję w korytarzu, wtulona w jego ramiona. Chwila wykradziona czasowi...